wtorek, 29 maja 2012

Biały tydzień w parafii cz 1

To nie będą oficjalne zdjęcia z Pierwszej Komunii Świętej. Te można było nabyć od upoważnionego fotografa mającego licencję na robienie zdjęć. Mój aparat nie robi od jakiegoś czasu zbędnych zdjęć. Gdy je oglądam i opisuję po czasie wskazują na to, na co normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Ich czas ich zrobienia też był nietypowy.



To stolik z darami kielich z winem, puszka z komunikantami oraz paczka, atrapa prezentu dzieci pierwszokomunijnych. A nieco dalej bliżej ołtarza stojak z księgą. Nie jest to Pismo Święte, nie jest to Jego atrapa, to oryginalna księga fundatorów dzwonnicy. Na razie pusta. Może w przyszłości coś więcej o niej napiszę.
A to pojedynczy klęcznik przybrany na biało. Podobnie na biało przybrano "trony" - fotele dla dzieci pierwszo komunijnych. Biały kolor podkreśla tu wagę miejsca. Osobiście mam wątpliwości co do równorzędnego traktowania pozycji klęczącej przy klęczniku z pozycją siedzącą na "tronach".

Na słowa katechezy ks. Proboszcz poprosił dzieci by wyszły na środek kościoła. Łatwiej Mu wtedy było nawiązać kontakt wzrokowy z nimi i przekazać im naukę.
Mimo, że był to poniedziałek, pierwszy dzień po pierwszej Komunii Św., nie wszyscy potrafili skupić uwagę na księdzu, rozglądając się po kościele.

 A to już wtorek, Komunia Św. rozdawana dzieciom już nie przy klęczniku, jak to było w niedzielę i w poniedziałek, ale na klęcząco przy balaskach.
 Gdy Ksiądz Proboszcz przechodzi z Ciałem Chrystusa do następnych dzieci wszystkie dzieci klęczą, jedne w oczekiwaniu na przyjście Pana, a drugie w dziękczynieniu.
 Tak było niestety tylko we wtorek.



Środowa Msza Św. rozpoczęła się od zebrania przez Księdza wykonanych jako zadanie domowe rysunków. 

Następnego dnia zawisły na listwach pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. 
 Kolejna środowa nauka Księdza Proboszcza 


Wyznanie wiary kościoła poprzedziło przekazanie znaku pokoju. Nie wystarczy serca "wyczyścić" na spowiedzi.

Od najmłodszych lat potrzebujemy głębokiego uzdrowienia i przeżycia łaski pojednania, pojednania z każdym kolegą, z każdą koleżanką z ławy szkolnej, a nie tylko podanie ręki tej koleżance, którą lubimy, temu koledze, z którym się przyjaźnimy.
To środowa Komunia Święta. Tym razem Ksiądz Proboszcz rozpoczął ją od prawej strony. Gdy robiłem zdjęcie Paulinie, jej koleżanka z prawej od razu po Przyjęciu Ciała Chrystusa wstała z klęczek by siąść na "tronie"
 

W jej ślady natychmiast poszły wszystkie dzieci z jej prawej strony
Gdy Ksiądz proboszcz skończył komunikowane ostatniego chłopca, ten zaraz podniósł się z klęczek by siąść, tak jak inni, na "tronie". Przy balaskach pozostał klęczący jeden z chłopców, który wcześniej przyjął Ciało Jezusa.

Tak czekałam na tę chwilę, by usłyszeć głos Twój Panie,
w sercu mam radości tyle, miłość Twa przepełnia mnie.

Oto nastał dzień wspaniały, pełen światła i radości,
klęcząc z dłońmi złożonymi Ciebie tylko prosić chcę.

Uroczysty dzień Komunii jest największą mą radością.
Jezus żywy w moim sercu dziś objawił miłość swą.

Z Tobą pragnę się spotykać, to dziecięce me pragnienie
na Twe przyjście będę czekać, nie opuszczę Ciebie, nie!

Doczekałem wielkiej chwili, której nigdy nie zapomnę,
przecież wiem, że to w komunii , tu zbawienie znajdę swe.

Uroczysty dzień Komunii jest największą mą radością.
Jezus żywy w moim sercu dziś objawił miłość swą.

Adoracja Boga

W wigilię uroczystości Zesłania Ducha Świętego, w ostatni dzień nowenny do Ducha Świętego, po wieczornej Mszy Św. grupa 25 chętnych parafian zebrała się na godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu.

Ja sobie klęknąłem z tyłu pod chórem na stojącym z prawej strony klęczniku. Ze sobą zabrałem książeczkę do nabożeństwa i różaniec (dar od siostry).
Okazały się zbyteczne. Adorację prowadził Piotr B. z żoną, posiłkując się tekstami kanonów, których słowa rzucał na ekran. Niestety z mojego miejsca teksty były nieczytelne z uwagi na zbyt małe litery.
Ksiądz Proboszcz, który przez cały czas z nami adorował, na koniec udzielił wszystkim zebranym indywidualnego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Jako, że do mnie podszedł prawie na samym końcu miałem wystarczająco dużo czasu by przygotować się duchowo na przyjęcie indywidualnego błogosławieństwa. To niecodzienne błogosławieństwo, można powiedzieć bezpośrednio po obejrzeniu filmu "Ja Jestem" z bieżącego numeru Gościa Niedzielnego",  filmu o cudzie obecności Jezusa w Eucharystii, filmu który rzuca na kolana przed Najświętszym Sakramentem, było dla mnie i myślę, że dla pozostałych wiernych niecodziennym przeżyciem. Jak dokumentuje to film, gdy mamy do czynienia z cudem Obecności Jezusa w Eucharystii daje natychmiast o sobie znać szatan. Podobnie było i w moim przypadku, kiedy to złota gołębica wisząca w prezbiterium przybrała w moich oczach ciemny kolor, nieomal czarny na jasno kremowej ścianie prezbiterium. Podzieliłem się moim spostrzeżeniem z Panią Alicją bezpośrednio po wyjściu z kościoła. Ona siedząc w tym miejscu, z którego zrobiłem następnego dnia w niedzielę rano, te dwa poniższe zdjęcia widziała wyraźnie złoty kolor. Uspokoiła mnie. że to pewno takie załamania światła (była ósma wieczór) spowodowały, że to co było złote wyglądało jak bardzo ciemno zielono-brązowe. Gdy w niedzielny ranek przed Mszą Św. o 9:00 sprawdzałem kolor gołębicy był ciemno złoty, a po Mszy Św. jeszcze bardziej wypłowiał. Tak to szatan próbował zakłócić, przesłonić  mi głębokie przeżycie na adoracji obrazów, które utkwiły w mojej świadomości po obejrzeniu wspomnianego filmu  "Ja Jestem" z "Gościa Niedzielnego".

A to zdjęcie zakończenie dziękczynienia (adoracji) jednego z ministrantów. Przyjęło się w naszej parafii, że ministranci bezpośrednio po przyjęciu Ciała Pańskiego w Komunii Świętej siadają na swoich miejscach chyba, że towarzyszą kapłanowi prze rozdawaniu Ciała Pańskiego. Ten widoczny na zdjęciu chłopak znalazł chwilę czasu by podziękować Bogu za to, że mógł go przyjąć do siebie. 

Opowiadała mi właścicielka płyty z filmem "Ja Jestem" o dwójce swoich wnuków ministrantów, którzy "obsługiwali"  Mszę Św., na której przed tygodniem udzielana była Pierwsza Komunia Święta. Gdy sami jako jedni z pierwszych przy ołtarzu przyjęli Ciało Pańskie przez nikogo nie nagabywani, uklęknęli na stopniach ołtarza i przez dłuższy czas zatopili się w modlitwie.  Przyglądająca się tej scenie babcia wzruszyła się. Byli bowiem jedynymi ministrantami, który klęknęli po przyjęciu Komunii Świętej, zwracając się twarzami w kierunku tabernakulum. Reszta ministrantów siadła na swoich fotelach. Podobnie uczyniły dzieci, które przyjęły na stojąco swoją Pierwszą Komunię Świętą. One też zajęły miejsca na swoich tronach, dzieląc się wrażeniami. Babcia podkreśliła:  to nie był ich biały tydzień, to był dzień Pierwszej Komunii Świętej. Cóż ja mogłem jej powiedzieć? Na filmie Macieja Bodasińskiego i Lecha Dokowicza "Ja Jestem" wierni przyjmują Ciało Pańskie w różny sposób, ale jedna z narratorek wizjonerka Katarina Rivas w ostatniej scenie w "morzu" wyciągniętych dłoni i stojących osób pada na kolana i przyjmuje Boga do ust z rąk kapłana. Ona nie ma żadnych wątpliwości jak się ma zachować.

niedziela, 27 maja 2012

Pielgrzymka Kamila


Tak się przyjęło, że dzieci pierwszokomunijne w dziękczynieniu jadą na pielgrzymkę. Nie organizuje się jej w białym tygodniu, ale najczęściej zaraz po nim, choć znam parafię która przełożyła tą "wycieczkę" na wrzesień . Nie jest to moim zdaniem dobre rozwiązanie. W Archidiecezji Poznańskiej proboszczowie najczęściej za cel pielgrzymki wybierają sanktuarium Matki Boskiej w Świętej Górze w Gostyniu.
Na zdjęciach widzimy jedną z takich grup pielgrzymko- wych. To grupa około 30 dzieci jaka w sobotni ranek wyruszyła pod opieką rodziców i katechetów na taką pielgrzymkę do Gostynia. Nie była specjalnie droga. Myślę że 20 zł nie powinno stanowić dla większości rodziców problemu.
Dzieci wraz z rodzicami zebrały się przy grocie Matki Boskiej, gdzie Ksiądz Proboszcz poprowadził krótką modlitwę poranną, bo jak się okazało nie wszystkie dzieci odmówiły ją w domu rodzinnym, a następnie na błogosławieństwo pokropił wszystich wodą święconą.
Na zakończenie zapytał które z dzieci zabrały albę prosząc by się w autobusie w nią ubrały. Niestety nikt wcześniej nie powiedział rodzicom, że dobrze byłoby gdyby dzieciaki jechały w białych strojach i tych z albami było niewielu.

Nie ze wszystkimi dziećmi mogli pojechać rodzice. Mimo soboty wielu z nich miało ważniejsze zajęcia. Dla mamy Kamila nie stanowiło to przeszkody i powierzyła syna pod opiekę sąsiadki. 


A to Kamil wchodzący do autobusu. Zdjęcie zrobiłem mu przez przednią szybę. Przed wyjazdem spytałem go czy złożył życzenia mamie, bo to przecież był Dzień Matki. Ustaliliśmy, że zaległości nadrobi po przyjeździe dziękują swojej ziemskiej matce za to że jest jego mamą i że go kocha i że ponosi trud jego wychowania.


Na Kościelnym dziedzińcu pozostały nieliczne osoby żegnające autobus z pielgrzymami.

Wspomnienie Królowej Apostołów

Rodzina Pallotyńska w pierwszą sobotę po Wniebowstąpieniu Pańskim obchodzi uroczystość Królowej Apostołów. Ta Maryjna uroczystość jest ruchoma i w tym roku przypadła  w wigilię Zesłania Ducha Świętego, pokrywając się z Dniem Matki. Dla mnie była to okazja by uczestniczyć w rannej Mszy Św w kościele pw. Św. Wawrzyńca przy ul. Przybyszewskiego.
To parafia gdzie, wtedy jeszcze w drewnianym kościele - baraku, przed 60 laty przyjąłem Pierwszą Komunię Świętą. Była więc okazja podziękować Bogu za dar Komunii  Św. i okazać Mu należną wdzięczność (radosna pokuta), oraz za Współczesnych Apostołów - kapłanów, którzy na co dzień kształtują w jakiś tam sposób moje życie duchowe.
Moje Pierwsza Komunia, 6.czerwiec 1952 roku, to był czas, gdy jeszcze do 1953 roku wydawano Królową Apostołów. Potem na długie lata nastąpiła przerwa. W 1982 roku wznowiono wydawanie miesięcznika, by w 1997 roku przekształcić Królową Apostołów w miesięcznik "Miejsca Święte" - poświęcony ruchowi pielgrzymkowemu. Od tego też czasu Królowa Apostołów wychodzi jako wewnętrzny biuletyn Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego.

Po Komunii Świętej klękam bliżej ołtarza w ławkach po lewej stronie z zamiarem zrobienia kilku zdjęć. Poranne słońce świeci mi w oczy (kościół jest dokładnie usytuowany na wschód, tyłem do ulicy Przybyszewskiego - przeciwnie niż  ustawiony był stary barak - ustawiony "frontem do ludzi". Długo jako młodzieniec nie mogłem zrozumieć idei, potrzeby tej zmiany. Dzisiaj po latach odkrywam same plusy. Usytuowanie na wschód to odwieczne usytuowanie "na Boga", a nie na ludzi. Ostre poranne słońce potrafi jednak oślepić świecąc w w nieco w górę skierowane ludzkie oczy. 


Klęknąłem więc w cieniu potężnego betonowego słupa na którym wspiera się sklepienie świątyni. Wczoraj w przeddzień uroczystości Zesłania Ducha Świętego na słupie zawieszono czerwony baner, a na nim wypisano siedem darów Ducha Świętego. Odczytałem je z uwagą. Czwarte "męstwo" jest w całości. Staranność dekoracji świątyni widać w każdym detalu. Siedem darów Ducha Świętego symbolizowało siedem "języków jakby z ognia, które się rozdzielały" (Dz 2, 3a), Stały one na tle ołtarza na tle siedmiu tuji różnej wysokości, a nad nimi rozpięta biała gołębica. Modląc się przed Bogiem w Trójcy Świętej, moje oko wychwyciło nie tylko symbol Ducha Świętego (każde z obu skrzydeł gołębicy miało siedem białych lotek) nie tylko niewielką postać Boga Ojca wywyższającego Żywego Syna, ukrytego pod postacią Białego Chleba, w centrum monstrancji (taka sama monstrancja powtórzy mi się wieczorem na filmie "Ja Jestem" - o filmie będzie oddzielny wpis). Odczytałem też jak symbol, jak wskazanie dla mnie kierunek, na jaki wskazywała dziobem biała gołębica, na czwarty język ognia, na czwarty dar Ducha Świętego. To "męstwo". Mam być mężny, tego mi będzie szczególnie potrzeba.  Nie może być zgody na sugerowane przez Panią Alicję przysłowie; "Pokorne ciele dwie matki ssie". Mam być mężny i nie ssać dwóch Matek Kościoła. Jedna jest Matka Kościół założona przez Jezusa Chrystusa, okupiona krwią Założyciela i Apostołów. Założyciela który jest Bogiem, a który posłużył się ludzką naturą Maryi Królowej Apostołów i mojej Królowej. 
       Wspomniana staranność i przemyślenie szczegółów wystroju ołtarza można było zauważyć na każdym miejscu.
Pod krzyżem dekoracja z czterech czerwonych gerberów a pod ambonką z trzech razem siedem. Za ołtarzem dwie wstęgi kwiatowe w każdej po siedem czerwonych gerberów. Nie znam wykonawczyni tej dekoracji - pewno któraż z sióstr pallotynek. Nie miałem dotychczas okazji chwalić   wykonawczyni kompozycji, ale skoro ruszyłem temat to muszę podkreślić ich wysokie walory plastyczne. Dla wrażliwej duszy taka harmonia jest Bożą harmonią. Czuć w niej duch ładu.

piątek, 25 maja 2012

Bajka o staruszku jałowcu

Ten wpis jest z serii "co tam słychać na działce".


14 maja 2012 roku Wójt Gminy podpisał wyrok na staruszka jałowca.
Sędziwy krzew, a miał bez mała 40 lat, wyrósł na potężne wysokie ni to drzewo, ni to krzak. Przerósł dom przed którym przed laty go posadziłem i częściowo wrósł w linię energetyczną powodując przy zachodnich wiatrach wiejących znad domu połączonych z deszczem częste spięcia, pozbawiając sąsiadów i mnie prądu.

Dwa lata temu skróciłem go wobec tego o głowę. Jak się okazało był to początek jego końca. Korzeniami wrósł w żwirowatą ziemię czerpiąc jak się wydaje życiodajne soki z pobliskiego szamba. 
     Gdy był młody podobny był kształtem do choinki i na każde święta Bożego Narodzenia przyozdabiałem go sznurami kolorowych lampek. Przed laty wystarczały dwa sznury. Z biegiem lat, jak się rozrastał i wszerz i wzwyż, potrzeba ich było coraz to więcej.

Dawniej po okresie świątecznym, na Matkę Boską Gromniczną zwijałem każdego roku lampki do kartonu. Któregoś roku zapomniałem je jednak zwinąć. Zostały do następnego roku i o dziwo po podłączeniu prądu zabłysły na nowo. Nie były jednak wieczne i w końcu chińskie, kolorowe lampki przepalały się. Wrosły w rozrastające się gałęzie, a na kolejny rok jałowiec obwijany był nowymi łańcuchami. 

Po kilku latach kolejne łańcuchy oplatały coraz to wyżej i wyżej rosnący krzak, który nabierał formę zimozielonego słupa. Ale i ten krzak gubił igiełki i owoce. Zimą jego czarne kuleczki stanowiły pożywienie dla wróbli. Ptaki nie chciały jednak w nim gniazdować. Pewno okoliczne dzikie koty wystarczająco często je płoszyły. I tak z małej sadzonki przywiezionej przezemnie z dęblińskiego lasu wyrosło potężne krzaczysko.

Musiałem podcinać mu dolne zielone iglaste gałęzie, które klientom raniły twarze ograniczając i tak już wąskie światło chodnika prowadzącego od furtki do drzwi wejściowych.


    Jak na leśny dziko rosnący krzak, nasz jałowiec pospolity zamieniony na choinkę, stał się prekursorem i symbolem stałości tradycji dekorowania ogrodowych drzewek na Boże Narodzenie i zasłużył sobie na tytuł najwyższego i najstarszego krzaka w Baranowie. 
      Byliśmy z Ewą z niego dumni. Ale do czasu. Od kilku lat zaczął nam chorować. Przysychały mu kolejne gałązki, które mu dyskretnie usuwałem chcąc by zawsze był młody i zielony. 

Trzy sadzonki zimozielonego bluszczu po kilku latach w miarę szczelnie oplotły jego stary łuszczący się pień. Nawet dobrze mu było w liściastej peruce. 

 




Krach nastąpił tegorocznej zimy gdy obfite opady mokrego śniegu, obciążając gałęzie zwisające niemal do ziemi złamały jedną z nich. Rozczapierzony górą, zatracił całkowicie walory dekoracyjne coraz bardziej szpecąc swoją postawą. Zachodnie i północne wiatry też przez lata zrobiły swoje. Osłonięty od nich domem mimo wszystko pochylił się znacznie w kierunku południowo-wschodnim. Mimo sentymentu jaki czuliśmy do niego, długo nie mogliśmy się zdecydować na jego wycięcie.

Zasłaniał nam widoczność furtki, gdy należało wpuścić gościa oddzwaniając mu i zwalniając zamek elektromagnetyczny. Czara goryczy przelała się, gdy swoją postacią zaczął nam przesłaniać Jezusa Miłosiernego. Modląc się coraz częściej we dwójkę w izdebce spełniał rolę drzazgi w oku. W sposób szczególny zaczął mi przeszkadzać. Wystarczyło go rozwiązać z łańcuchów lampek. 
 
 
Skrępowane gałęzie rosnące wiązką pionowo w górę po czasie się rozczapierzyły, a zdarty z pnia suchy po zimie bluszcz odsłonił nagą prawdę o staruszku.


Zdecydowaliśmy się na złożenie stosownego wniosku do Urzędu Gminy dołączając 3 zdjęcia naszego krzewu jałowca pospolitego. Odpowiedź przyszła po niespełna miesiącu. 

Otrzymało ją oddzielnie każde z nas. Dostaliśmy zgodę na wycinkę ważną do końca roku.
   








 


Czułem, że jak nie pójdę za ciosem i od razu go nie wytnę, to potem go już nie wykarczuję. Z ciężkim sercem wziąłem się następnego dnia, w piątek 18 maja, od rana do ogołocenia staruszka ze wszystkich zielonych gałązek, a potem do odkopywania jego korzeni.

 
Gdy skończyłem był już wieczór. W młodości wykonałbym tę pracę kilka razy szybciej. Mnie też staruszkowi po zawale, szło to oczywiście dużo wolniej. Nim skończyłem poczułem w prawej pachwinie jakieś kłucie. Myślałem, że to skurcz. Zakuło i po chwili przeszło. 


Jak się po tygodniu okazało na rutynowym badaniu u urologa była to przepuklina pachwinowa, która dała o sobie znać. Następnego dnia w sobotę do pomocy zjawił się syn z dwójką wnuków, oraz piłą spalinową do cięcia drewna. Młodzi, sprawni fizycznie uwinęli się szybko z robotą. 
Mnie pozostało robić tylko zdjęcia. Serdecznie im po raz kolejny tą drogą dziękuję. Bez ich pomocy robota nie byłaby do dzisiaj wykonana. 
Bóg zapłać! Kochani! Mnie pozostało już tylko do końca dnia zasypać dziurę, co też ze spokojem bez bólów w pachwinie uczyniłem.